Miewam czasem genialne pomysły. Ba! Z reguły mam! Ale czasem tylko stawiam wszystko na jedną kartę i po prostu ROBIĘ TO co sobie wymyśliłam. I zazwyczaj okazuje się, że była to najlepsza decyzja! Spontanicznie zakupiony nowy telewizor (ulubiony, a przyszliśmy tylko po baterie), bilety na koncert zdobyte godzinę przed (najlepszy w życiu!)… i podróże z dziećmi, organizowane zawsze na łapu capu. Choćby to było nie w czas, nie na rękę, niewygodnie, nieprzemyślane, itp, itd… Ale! Już to wiem: warto się siebie czasem posłuchać! Dzięki temu mojemu uporowi „na przekór światu”  trzy lata temu byliśmy z dzieciakami w Paryżu (na początku bliźniaczej ciąży, kiedy ledwo żyłam i prawdopodobnie miałam się w ogóle nie cieszyć z wyjazdu), rok temu w Legolandzie (gdy maluchy były TAKIE małe i bałam się je zostawić!), a tegoroczną majówkę, zupełnie spontanicznie, spędziliśmy z dziećmi na typowym city break w Anglii. Konkretnie w Manchesterze i w Londynie.  I jak to zwykle bywa, było po prostu… Zajefajnie! Prawdziwie miejska, rodzinno-podróżnicza przygoda!

Spotkało nas w tym roku wiele złego. Kalejdoskop złych zdarzeń i emocji, które pociągały za sobą kolejne. Nie ma prawdziwszego powiedzenia nad to, że nieszczęścia chodzą parami… problemy piętrzą się przed nami, jedne za drugimi, końca nie widać. Pewne jest, że w tym roku nie pojedziemy na takie cudowne wakacje jak zawsze – dwa miesiące na Kaszubach w tym roku po raz pierwszy się nie spełnią. Chyba dlatego tak pielęgnujemy swój mały, miejski ogródek. Dobre i to! Mimo to nie mogłam odżałować, że nie sprawimy chłopcom takiej frajdy, jak planowaliśmy (daaaaaawno temu marzyliśmy o wakacjach w ciepłych krajach… żeby jednak tylko takie mieć w życiu problemy…). Dlatego któregoś dnia, gdy po raz kolejny wpadliśmy do domu zziajani, zestresowani, gdy z kątów wyglądał wkurzający bardziej niż zawsze bałagan, a wtórował mu nieopisany hałas, produkowany przez stęsknione, skłócone o naszą uwagę, marudzące na zmianę dzieci, które przyniosły ze szkoły kolejną jedynkę… zamiast jak codziennie ostatnio zacząć drzeć japę, powiedziałam sobie DOŚĆ. Musimy się z tego przeklętego kręgu wyrwać! Ukraść się światu na kilka dni, zniknąć z tego chaosu i zadbać o siebie i nasze wzajemne relacje. Inaczej jeszcze chwila, a mnie zamkną w psychiatryku, Dawid wpadnie w depresję i pracoholizm, a do tego zabiorą nam dzieci i kota. Dlatego wieczorem zabukowałam nam bilety na lot do Anglii. Na majówkę. Mieliśmy jechać z D sami na targi – dlaczego więc nie wziąć ze sobą starszaków? A może przy okazji rozszerzyć plan wyjazdu z 3 na 6 dni?

I jak pomyślałam, tak w kilka chwil miałam gotowy cały plan! Moi rodzice, jak zawsze najofiarniejsi pod słońcem, przejęli opiekę nad Pysiakami, a ja trzy tygodnie wyszukiwałam najlepsze atrakcje. Chcieliśmy w końcu pokazać dzieciom, za co tak lubimy jeździć do UK. Trochę historii, trochę zwiedzania, dużo dobrego jedzenia i przede wszystkim – doświadczania tego całkiem innego kraju. Prawdziwego tygla kulturowego, o którym chłopcy bardziej słyszą, niż doznają. Chcieliśmy im pokazać, jak wygląda świat nie tylko na dobrze znanym, polskim podwórku. Bo wygląda zupełnie inaczej przecież… nie nauczymy dziecka tolerancji, pokazując obrazki w książkach. Otwartości na nowe trzeba się uczyć stopniowo poznając inne kultury. Dotykając ich. Smakując. Wąchając.

Przede wszystkim chcieliśmy po prostu odpocząć. Nacieszyć sobą nawzajem. Zrelaksować się, biegając po mieście, szukając kolejnej atrakcji, aniżeli rozwiązania kolejnego problemu. Odcięliśmy się całkowicie i okazało się, że jednak jesteśmy fajną i zgraną rodziną – co po pojedynczych kadrach z ostatnich miesięcy chyba nikt by nie powiedział. Starszaki spisali się świetnie. Oczywiście, podróże z dziećmi to niezwykła przygoda, ale też trzeba liczyć się z wyrzeczeniami. Można zapomnieć o beztroskim buszowaniu po sklepach godzinami i siedzeniu w pubie bez końca. Albo zwiedzaniu miejsc, które dla nich są nieatrakcyjne, albo jedzeniu w restauracjach, w których nasze dzieci będą marudzić, bo nic im nie posmakuje (np sushi czy indyjskie… o ile Felek by spróbował, o tyle starszaki – nie. One chciałyby codziennie jeść pizzę albo spaghetti 😉 ). Niemniej i tak dzielnie maszerowali po mieście całymi dniami – a my puchnęliśmy z dumy, jakie mamy mądre i zdolne dzieci, no a jakżeby inaczej! Już na drugi dzień bez problemu, po angielsku, zamawiali co chcieli do picia, jedzenia, sami robili zakupy, opiekowali się sobą nawzajem i pilnowali. A jednak się chyba lubią…

Nie będę Was zanudzać opisami kolejnych atrakcji, bo najlepiej będzie, jak się kiedyś sami przekonacie, że warto podróżować z dziećmi. W skrócie powiem Wam tylko… W Manchesterze udało nam się być w SeaLife, które co nieco mnie rozczarowało – rozmiarem, miałam nadzieję na więcej! Ale spotkaliśmy rekiny i kraba – giganta – co bardzo nam się podobało. Chłopcy natomiast byli absolutnie zachwyceni Muzeum Piłki Nożnej – mają dziesiątki zdjęć pucharów, koszulek, podpisanych korków i zdjęć piłkarzy – nie tylko z Manchesteru! Ja w tym czasie zwiedzałam Primark – każdy miał, co lubi 😀

W Londynie natomiast zwiedziliśmy Muzeum Historii Naturalnej (mega, na mnie największe wrażenie zrobiła sama architektura budynku. Coś niesamowitego, przepadłam totalnie), Big Bena (w remoncie), Pałac Kensington i Hyde Park, Pałac Buckingham, London Eye (bez wjeżdżania na – trochę to jednak nudne), Harrod’sa i najstarszy sklep z zabawkami Hamley’s, Peron 9 i 3/4 z Harry’ego Pottera, ulicę Pokątną (czyli Leadenhall Market), zwiedziliśmy też troszkę Soho i Oxford Street, i okolicę Piccadilly Circus. Widzieliśmy młodego, arabskiego księcia, któremu służba hotelowa odpaliła i wypucowała szmatką bajeranckie porsche, a nawet ustawiało fotele w idealnej pozycji, a któremu tłum fotoreporterów robił zdjęcia, gdy odjeżdżał z piskiem opon (serio! Tak trafiliśmy. Niestety nie wiemy, skąd to osobistość, ale na pewno jakiś VIP jak to powiedział Filip). W ogóle największe wrażenie na chłopcach zrobiły chyba wypasione fury, takiego zatrzęsienia sportowych samochodów w Polsce próżno szukać, a oni są zdecydowanie fanami piłki nożnej i motoryzacji. Łącznie w 5 dni zrobiliśmy z dziećmi ponad 40 km na piechotę i nie słyszałam żadnego marudzenia, choć wracaliśmy dopiero po 22. Chłopcy chłonęli świat wszystkimi porami, oczy szeroko otwierając z zaskoczenia. Mieli nawet zabawę, gdy w metrze próbowali odgadywać w jakim języku mówią kolejni pasażerowie. Pytali, czemu ktoś jest tak i tak ubrany, skąd przyjechał i po co. Zadawali mnóstwo pytań – a co to znaczy, a czemu tu się jeździ po innej stronie, a czemu te panie mają zakryte twarze, a dlaczego królowa Elżbieta mieszka sama w takim wielkim pałacu i czy nie jest jej nudno. I w ogóle ma ciężkie życie, bo codziennie musi się przebijać przez tłumy wokół pałacu, jak chce wyjść na spacer.

Wspaniale jest patrzeć na świat oczami dziecka i zastanawiać się nad rzeczami, które przyjmujesz za pewnik. Nawet zapytali, czemu nie mieszkamy w Anglii, bo tu jest tak super – powiedziałam, że nam jest dobrze w Polsce, bo tu mamy swój dom, pracę i rodzinę, i możemy być szczęśliwi, bo na wszystko nam jako tako starcza. I to w sumie jest chyba kwintesencja pełni szczęścia, prawda?… Dobrze jest, gdy gdzieś na końcu świata uświadamiamy sobie najprostsze prawdy! Tylko szkoda, że nie mamy w Polsce takich angielskich śniadań, powtarzał codziennie Filip, zachwycony fasolką, boczkiem i sadzonymi jajkami. Chłopaki pokochali też „paje” i siedzenie do późna w pubach. Tego akurat też mi trochę na codzień brakuje!

Mam oczywiście setki zdjęć, ale pokażę Wam tylko te najcenniejsze… Te, na których widać ten dziecięcy zachwyt. OK?

Pierścionek Meghan 😀 

Piknik w Hyde Park <3

Primark – sposoby na nudę. Chłopaki próbowali przykręcić urwaną manekinowi dłoń 😉 

Angielski city break

Maksio zafascynowany raperem, który występował na żywo 

Mina, sugerująca, że przejeżdża właśnie jakaś superbryka 😉

Feluś w Hamley’s był zaczarowany!

Tata zresztą też był w swoim żywiole 😀 

Zabawa na każdym kroku 

Soho <3

Spotkaliśmy nawet kibiców i maskotkę piłkarskiego klubu – zabijcie, nie pamiętam, jakiego 😀 

W sklepie Harry’ego Pottera za to ja się bawiłam jak dziecko!

Filip zafascynowany metrem – uwielbia tak jak ja 😉

Na Leadenhall Market niestety trafiliśmy w sobotę – a tam było zamknięte 😉

O, a tu wspomniany książę 😀 Może ktoś rozpozna? Ten w czarnym 😉

A tu najpiękniejszy gmach muzeum, w jakim byłam… Muzeum Historii Naturalnej!

To piękne zdjęcie zrobił nam Feluś 🙂 Potrzeba matką wynalazku!

Najciekawszy eksponat w Muzeum? Mózg, wiadomka. Z rdzeniem. 

Największą atrakcją zaś „śmieszne” lustra 😀

Pod domem <3 Cudowną mieliśmy okolicę!

Garść przydatnych informacji:

  1. Niedawno odkryłam, że czasem łatwiej, szybciej i taniej jest podróżować do Londynu i stamtąd pociągiem, niż bezpośrednio np. Do Manchesteru czy Liverpoolu. Przez stronę goeuro.com na kilka tygodni wcześniej kupimy śmiesznie tanie bilety, a podróż nie potrwa dłużej niż 1,5-2h. Bardzo polecam, bo  z PL do Londka lata kilkanaście samolotów dziennie, a do innych miast raz na kilka dni!
  2. Metro w Londynie jest super. Nie dość, że dzieci do 10l jeżdżą gratis, to 12 latek płaci tylko 50% (chyba do 16r.ż.).  Moim zdaniem na 3 dni zwiedzania spokojnie starczy 10f. My przedpłaciliśmy wszystkie karty Oyster (wygląda jak kredytowa, do wyrobienia w automacie na stacji) na 15f i to było za dużo – ok 5f z każdej karty wróciło z powrotem.  Ale fakt, że rzadko korzystaliśmy z metra, a spaliśmy w świetnej lokalizacji przy Hyde Parku.
  3. Na rodzinne podróże polecam wynajem apartamentów, opłacają się bardziej niż hotele i jest w nich superwygodnie. My mieliśmy dwie sypialnie plus salon i miejsca aż nadto. I nawet śniadania są tańsze – klasyczne angielskie śniadania serwują wszystkie mniejsze i większe knajpki na mieście i kosztują tylko 7,50f, podczas gdy śniadanie w hotelu z reguły kosztuje około 15f. Nasz apartament mieścił się 3 minuty spacerem od Hyde Parku, było cicho, zielono, pięknie, i prawdziwie angielsko – w pięknej kamienicy na Paddingtonie. A był to jeden z tańszych!
  4. Na wyjazdach z dziećmi nie ma sensu planować Bóg wie jakich atrakcji. Na mojej liście było jeszcze British Museum i Madame Tussauds. Po MHN jednak zrezygnowałam z mumii w BM, bo dzieci już nie chciały więcej muzeów, a i stwierdziłam, że Madame Tussauds też niekoniecznie będzie dla nich atrakcją – wolały karmić wiewiórki w Hyde Parku. Trafiliśmy na genialną pogodę i codziennie byliśmy w parku minimum godzinę – po prostu odpoczywając. Więcej warte niż znane atrakcje!
  5. Muzea w Anglii są całkowicie za darmo – warto korzystać! Historii Naturalnej, Brytyjskie, a nawet nasze Muzeum Piłki Nożnej – za darmo! Oczywiście na miejscu do dokupienia różne pamiątki, specjalne zdjęcia itp, ale jeśli ktoś odporny – to spokojnie można za friko pozwiedzać naprawdę ciekawe obiekty.
  6. Opuściliśmy tym razem Harry Potter Studio, bo byliśmy w podobnym już w Paryżu, ale wszystkim szczerze polecam tę atrakcję. Nam jednak szkoda było całego dnia i pieniędzy (zorganizowany wyjazd to ok 400zł na osobę z dojazdem. Samemu to rząd ok. 50f.). Innym razem!
  7. Następnym razem chcemy zwiedzić Oxford. Moje marzenie! I wnętrza Kensington Palace.
  8. Na taki wyjazd trzeba zorganizować dodatkową gotówkę na „pamiątki”. Coś z Hemleys, coś ze sklepu HP i na osobę minimum 20-30f to same pamiątki. Zgroza!
  9. Na wszelkie wyjazdy do miasta – dzieci muszą mieć naładowane telefony lub tablety. Inaczej umówmy się – nie zrobimy spokojnie swoich zakupów. Mi się udało obskoczyć z nimi  (chłopakami i tabletami) VS, Primark, GAP i Next, moje ulubione przystanki w UK 😉 Oczywiście w megaekspresowym tempie, nie tak jak zawsze 😉
  10. Nie bójcie się rozmawiać z dziećmi o wszystkim. Także o różnicach kulturowych. Co nam się podoba, a co nie. To normalne, że dzieci są zdziwione i ciekawe, a nam niektóre kultury są bliższe, inne dalsze. Ale szacunek do drugiego człowieka jest zawsze podstawowy, bez względu na tradycje, kolor skóry i pochodzenie. TRZEBA dzieci nauczyć takiego podejścia, bo świat się zmienia i nie można się sztywno trzymać utartych przez wieki przekonań.
  11. Podróże uczą nie tylko samego świata. Otwierają też oczy na fakt, że bezwzględnie TRZEBA uczyć się języków obcych. Bez tego ominie nas większość życiowych przyjemności! Myślę, że moje dzieciaki odbyły prawdziwą lekcję i wróciły z solennym postanowieniem przykładania się do nauki angielskiego. Obiecaliśmy im, że następnym razem ich tam zabierzemy, jak będą dobrze mówić w tym języku. Ciekawe, kiedy to nastąpi 😉

    Szczerze to chyba za dużo tych zdjęć, ale wiecie, jak to jest, swoją rodzinkę to można oglądać godzinami. Musicie mi wybaczyć!

A wy robicie takie krótkie wypady poza Polskę? Jakie fajne kierunki polecacie do zwiedzania z dziećmi? I co konkretnie? Chętnie się dowiem, już planuję kolejne podróże, może nawet już z Pysiakami? Dajcie cynk, koniecznie!