Październik. Miesiąc temu zaczęła się szkoła, a ja już (znowu!) zdębiałam. Moje starszaki chodzą teraz do czwartej i piątej klasy, więc założyłam, że temat pt.: „odrabianie lekcji przez rodziców” jest już dawno za mną… ale nie. Przez ostatni miesiąc odebrałam kilka telefonów od zatroskanych rodziców, z prośbą, by podać im co chłopcy robili w szkole bądź co zostało zadane. Za każdym razem moja reakcja jest taka sama. WHAT!? Nie mam zielonego pojęcia!

I nie wiem, czemu miałabym mieć. Ale… może to ja jestem dziwna?

Odkąd moje dzieci poszły do szkoły często spotykam rodziców, którzy regularnie, dzień w dzień odrabiają z dziećmi zadania domowe. Bacznie śledzą, co dzieci w szkole robią i sprawdzają im zeszyty. Słyszałam wielokrotnie swego rodzaju przechwałki, ileż to czasu spędziliśmy wczoraj nad lekcjami, matko jedyna, ile to się teraz dzieciom zadaje… Za każdym razem zdziwiona jestem niezmiernie, a na pytania, jak nam idzie odrabianie lekcji, z reguły odpowiadam: Szczerze? Nie wiem! Nigdy z nimi lekcji nie odrabiałam!

I wywołuję ogromną konsternację…

Właściwie dlaczego? Będąc dzieckiem bardzo zapracowanych i zabieganych rodziców (mieć własny biznes i zarabiać na nim w latach 90 było nie lada wyzwaniem) od zawsze lekcje odrabiałam sama. I nie widziałam w tym nic dziwnego. Wracałam ze szkoły do domu babci i dziadka, którzy królowali w kuchni i niewiele interesowali się moją szkołą, za to uczyli mnie wszystkiego innego i opowiadali rodzinne i sąsiedzkie historie. Od czasu do czasu tylko rzucali hasło „odrób lekcje przed obiadem!”, a ja albo robiłam, albo nie, wiedziona własnym poczuciem obowiązku. O 19:30 odbierali mnie od babci rodzice i jechaliśmy do domu na obrzeżach miasta, gdzie był już czas tylko na wspólną kolację i rozmowę po całym dniu, a potem kąpiel i spanie. Wiedziałam, że lekcje powinnam mieć odrobione, by nie dostać jedynki następnego dnia, więc robiłam – ale wtedy, kiedy mi pasowało. Sama gospodarowałam własnym czasem, wiedziałam, kiedy mam zajęcia dodatkowe, by zrobić lekcje wcześniej i ile czasu potrzebuję na wykonanie danego zadania. Tak samo z uczeniem się do sprawdzianu. Nigdy nikt mnie nie sprawdzał i nie rozliczał, a że mi samej zależało na dobrych ocenach, sama dla siebie się starałam. Rodzice zresztą od zawsze powtarzali mi: „Uczysz się dla siebie, nie dla ocen”. Tą maksymę wzięłam sobie do serca od pierwszego dnia szkoły i wielokrotnie stawała mi przed oczami, choćby wtedy, gdy omawialiśmy lektury i dotykaliśmy kontrowersyjnych tematów. Nie bałam się stawać murem za własną interpretacją dzieła czy osądem danej postaci, chociaż nieraz rozmijałam się z powszechnie panującym opracowaniem tematu. Nieraz dostawałam gorsze oceny, bo miałam inne zdanie niż wykładowca, ale miałam to w nosie. Bilans bowiem zawsze wychodził mi na plus, a koniec końców nauczyciele szanowali moje poglądy i odwagę, by mieć własne zdanie, co również rzutowało na moje końcowe oceny – z reguły bardzo dobre. I zawsze moi rodzice wspierali mnie w takiej postawie – w końcu mam własny rozum i muszę samodzielnie myśleć, bo przyda mi się to zdecydowanie bardziej niż zbierane rok w rok „czerwone paski”…

I o to chyba po prostu chodzi!

Gdy moje dzieci rozpoczynały przygodę ze szkołą, instynktownie więc wybrałam tę samą metodę. Od czasu do czasu przypominam o obowiązku odrobienia zadań domowych, ale nigdy nie naciskam, nie sprawdzam, nie wysiaduję nad ich lekcjami, nie dyktuję rozwiązań ani, o Boże, wypracowań, z czym się wielokrotnie spotkałam u innych rodziców „Bo on by napisał sam tylko trzy zdania”. Oczywiście nie mówię o sytuacjach, gdy dziecko samo prosi o pomoc, bo czegoś nie zapamiętało czy nie rozumie, albo prosi, by je odpytać. Ale takie sytuacje mogłabym policzyć na palcach jednej ręki! Serio! Wydaje mi się, że moja metoda jest warta przynajmniej rozważenia przez Was, jeśli macie dzieci w wieku szkolnym, bo zapewni Twojemu dziecku większą samodzielność, a Tobie – więcej wolnego czasu!

Poniżej kilka argumentów, jeśli jeszcze nie jesteście przekonani:

  1. Dziecko samo najlepiej wie, czego uczyło się w szkole. Zadania domowe to zadania, z którymi powinno sobie poradzić każde dziecko po przerobionym w szkole materiale. Jeśli nie potrafi, nie zrozumie i źle wykona zadanie – to będzie najlepsza informacja zwrotna dla nauczyciela, by jeszcze raz wytłumaczył temat. Inaczej, jeśli zadanie domowe – z naszą pomocą lub pod naszym nadzorem – będzie zawsze wykonane poprawnie, nasze dziecko może mieć istotne braki, które nawarstwiając się będą powodować coraz większe zaległości. Totalnie bez sensu! To samo z zadaniami dodatkowymi, tzw. na szóstkę. Umówmy się, nasz czas na wykazanie się w tej kwestii już minął i powinniśmy pozwolić naszym dzieciom na rozwinięcie skrzydeł. Jeśli chcą wykonywać zadania dodatkowe to powinny robić to tak, jak potrafią. To jest kwestia uczciwości, tylko i wyłącznie, i wpojenia zasad odwagi i bycia prawdomównym w każdej sytuacji. Nawet jeśli widzisz, że zadanie jest wykonane źle – zostaw. Dziecko dostanie lepszą nauczkę w szkole, niż od Ciebie. Pokazując mu, że Ty zrobisz to lepiej tylko mu udowadniasz, że nie potrafi zrobić tego sam. Chyba nie ma nic bardziej zniechęcającego…
  2. Szczerze nie pamiętam ani jednej sytuacji, bym ja, albo moje dzieci, przyniosły złe oceny za źle odrobione zadanie domowe. Jeśli próbowało – to wystarczy, by nie dostać przysłowiowej „pałki”. Gorzej, jeśli nie odrobiają zupełnie, wtedy owszem, zdarzają się minusy, które przy większej ilości zamieniają się w jedynki. Wówczas interweniuję na zasadzie przypominania, zrobienia kartek z przypomnieniami przy łóżku i na biurku – „ODRÓB LEKCJE”.
  3. Nie wiem, ile macie czasu dla dzieci po powrocie z pracy. Ja osobiście mam go bardzo mało, bo z reguły mam dziesięć rzeczy do zrobienia naraz. Gdybym chciała z każdym dzieckiem odrabiać lekcje to zajęłoby to nam cały wolny czas. A gdzie chwile na rozmowę, granie, wygłupianie się czy choćby zwykłe czynności każdego dnia jak wspólne gotowanie czy sprzątanie?
  4. Poza tym z doświadczenia również wiem, że odrabianie lekcji z dziećmi to jest masakra. Gdy te rzadkie chwile następują, na przykład po dłuższej nieobecności w szkole, w głowie przeklinam milion razy (wychodzi brak cierpliwości), ponieważ moje dziecko, które na codzień zbiera głównie pochwały, piątki i plusy, nagle zmienia się w białą kartkę i niczego nie umie, niczego nie rozumie i ma dwie lewe ręce. Z rozmów z innymi rodzicami wiem, że to standard, na zasadzie jakiejś uniwersalnej reakcji umysłu dziecka możliwość wykorzystania naszej wiedzy. ZRÓB ZA MNIE, domaga się to nasze domorosłe, inteligentne stworzenie, bo po co ma się męczyć? Nie wiem jak was, ale mnie to doprowadza do szału, dlatego jak mogę – unikam. A niech się pomęczy, przecież umie! Ja już swoje odrobiłam!
  5. Z tego właśnie powodu – braku cierpliwości przy odrabianiu lekcji – wiem, że czas spędzony nad tym jest stresujący dla nas obojga. Dla mnie, bo się irytuję i dla dziecka, bo chcąc nie chcąc mu się obrywa. Nawet jeśli hamujemy język – nie zapanujemy nad mową ciała. Zmiana tonu, moje spięcie, nawet niewielkie podniesienie głosu, zaciśnięte usta – te wszystkie oznaki dziecko bezbłędnie odczyta i natychmiast mamy sytuację nieprzyjemną dla obu stron. A umówmy się, jak często pada z Twoich ust: „No jak nie rozumiesz?”, „Zacznij myśleć”, „To co ty robiłeś w szkole, jak pracowaliście nad tym”, „Moim zdaniem powinieneś napisać tak lub tak”. Ciągły wyrzut, zarzut, niezadowolenie i przekonanie: „To ja mam tu rację!”… Komu się nie zdarzyło? Dlatego – jak najrzadziej daję się zapędzić w ten kąt 😉
  6. Jeszcze jeden ważny, chyba najważniejszy argument. Dziecko, które rozwiązuje zadania samodzielne, nawet, jeśli z nienajlepszym skutkiem, uczy się daleko więcej niż dziecko, które odrabia lekcje z nami. Dlaczego tak uważam? Otóż robiąc lekcje z dziećmi, chcąc nie chcąc narzucamy mu swój własny sposób rozumienia tematu i znajdywania rozwiązań. Natomiast dziecko musi, podkreślam, MUSI myśleć samodzielnie. W każdej sytuacji! Ten mechanizm należy ćwiczyć od małego, bo jego mózg rozwija się inaczej niż nasz – każdy indywidualnie podchodzi do różnych zadań. I nasze rozwiązania wcale nie muszą być lepsze od rozwiązań, na które wpadnie dziecko. Nie blokujmy mu drogi do jego indywidualnego rozwoju, bo być może, każąc mu dostosowywać się do naszego sposobu myślenia, stworzymy sztuczne bariery, które będą mu przeszkadzały w przyszłości!
  7. Samodzielne odrabianie lekcji to również doskonały trening odpowiedzialności. To, o czym mówiłam na początku – nie odrobi lekcji, nie nauczy się na sprawdzian – dostanie minusa, a dwa minusy, to już jedynka. Jeśli będzie mu zależało, by mieć dobre oceny, być wysyłanym na konkursy szkolne i międzyszkolne, zdobywać pochwały, które są najlepszą nagrodą – powinien również sam się pilnować. To tak jak ze ścieleniem łóżka i zmienianiem bielizny: kolejny, codzienny, zwykły obowiązek. Jeśli wpoimy dziecku, że musi sam ogarniać swoje obowiązki, wyrośnie z niego fajny człowiek, na którym będzie można polegać. Natomiast jeśli będziemy dziecko na każdym kroku wyręczać – choćby ciągłym przypominaniem – nie wyrobi sobie nawyku. Po prostu.
  8. Musimy ufać swoim dzieciom. One są mądre i dobre, nie musimy ich poprawiać, czynić lepszymi ludźmi czy nawet uczniami – na siłę. Delikatnie kierować, by same chciały piąć się wyżej – nie zmuszać, nie rozliczać, nie namawiać za wszelką cenę. Musimy im wpoić, że tkwi w nich niezwykły potencjał, że mają ogromne możliwości i mogą osiągnąć wszystko, czego chcą, o czym zamarzą – ale własną pracą. Nie naszą, nie moją. Ich własną.

Dlatego, przyznaję, jestem ogromnie dumna z moich dzieci. OGROMNIE. Chociaż mam dostęp do elektronicznych dzienników – bardzo rzadko tam zaglądam, głównie po to, by sprawdzić, czy nie stracili kontroli nad sytuacją. I z reguły jestem bardzo miło zaskoczona. Radzą sobie lepiej, niż wymagałabym, nie potrzebuję do szczęścia ich czerwonych pasków, ale regularnie przynoszą do domu bardzo dobre świadectwa – w czerwcu, po skończonej czwartej klasie – w nowej szkole! – zabrakło Filipowi raptem jednej oceny do tego paska. Bez żmudnego wysiadywania nad lekcjami. Po prostu. BRAWO, synku!

Widzę, że są głodni wiedzy, wszystko ich interesuje i chłoną wszelkie ciekawostki. Każdy ma domenę, w której „bryluje” w klasie – u obu są to głównie matematyka i WF, a Filip ma wyjątkowe zdolności językowe – i wiem, że te pojawiające się minusy, a nawet jedynki zostaną szybko poprawione, na zasadzie „prztyczka w nos”. Często startują w szkolnych i międzyszkolnych konkursach i radzą sobie różnie – raz świetnie, a raz gorzej, ale zawsze wracają usatysfakcjonowani, a ja wręcz pękam z dumy – niezależnie od wyniku. Nie mam własnych dzieci za alfy i omegi. Nie mam parcia na dzieci, które są najmądrzejsze w klasie i mają z góry na dół same szóstki, a na koniec roku zbierają wszystkie nagrody, we wszystkich konkursach. Szczerze nie wiem, po co to komu, ale jeśli ktoś chce, proszę bardzo. To znaczy, oczywiście, o ile chce tego samo dziecko, a nie tylko rodzic, bo nie wyobrażam sobie większego nieszczęścia niż dziecko zmuszane do nauki z dziedzin, które ich zupełnie nie interesują… a takie dramaty oglądam co roku. Dziecko płaczące, bo dostało czwórkę, poprawiające sprawdziany z 4+ na 6… Albo na koniec roku – rodzice pękający z dumy, z naręczem nagród, a dziecko ze zwieszoną głową stojące w kącie, z daleka od kolegów z klasy, bo jakoś w pędzie do najlepszych ocen zapomniało nawiązać szkolnych przyjaźni. Nie nęci mnie ten obraz. Oczywiście, to są najradykalniejsze przykłady, ale wiem, że też takie znacie. W każdej szkole znajdą się tacy rodzice… i tylko dzieci żal.

Może i jestem dziwna, ale wolę, by moi chłopcy chętnie chodzili do szkoły, mieli fajnych kolegów, naukę utożsamiali z przygodą i z entuzjazmem poznawczym podchodzili do każdej nowej dziedziny wiedzy. Chcę, by odrabianie lekcji nie było ich szkolnym koszmarem, a raczej okazją do samodzielnego zmierzenia się z poznanym tematem. Chcę, by byli szczęśliwi, po prostu.

Ale też uświadamiam im, że do wszystkiego w życiu można dojść – ale nie samymi chęciami, tylko ciężką pracą. I wierzę, że moje podejście do odrabiania lekcji – oraz duże zaufanie do dziecka – jest elementem tej nauki. Muszą sobie wyrobić dobre nawyki i ustawić priorytety i cel. Zrozumieć, że to im musi zależeć na wynikach – nie mi. Ja ich kocham w każdej postaci. Dla mnie są najlepsi zawsze, nawet z jedynkami na koncie. Ale jeśli chcą osiągnąć szczyty, dostać się do dobrej szkoły, a potem na wymarzone studia, mieć fajną pracę – muszą się starać – sami dla siebie. W końcu nie ma lepszej motywacji, niż praca tylko dla siebie. Nie ma!

 

 

odrabianie lekcji

odrabianie lekcji

Na ścianach u moich dzieci wiszą plakaty od Nudy nie ma, oczywiście 😀

Oczywiście, nie zjadłam wszystkich rozumów, dzieci moje są jeszcze małe i wszystko przede mną. Może kiedyś będę musiała zmienić podejście, a może Felek albo bliźniaki będą wymagały większego zaangażowania – w końcu dzieci są różne. Czas pokaże. Na razie cieszę się jak norka, że mam wolne od odrabiania lekcji i pilnowania zeszytów. A jak jest u Was? Zmagacie się z tym codziennie czy zdajecie się na dzieci?

Pat

Plakaty: Nudy nie ma

Tablica Hello: NEXT

Pojemnik STUFF – H&M Home

Biurko, krzesło, lampka – IKEA

Miotła – Funidelia