Długo zbierałam się do tego wpisu. Co najmniej kilka miesięcy!.. I chyba tylko ta nadzieja, głupia, ludzka nadzieja nie pozwalała mi nawet podejrzewać, że przyjdzie mi to pisać w takich okolicznościach. Myślałam, że mam jeszcze czas. Nie miałam.

Tydzień temu odeszła ukochana babcia moich synków, mając raptem dwadzieścia parę lat więcej niż ja. Po kilku miesiącach najtrudniejszej, ale niezwykle zaciekłej walki na śmierć i życie przegrała z największym agresorem XXIw. Nie, nie z Arabem. Z rakiem.

Nie będę tu pisać o potwornym bólu. O stracie, ani o totalnej bezradności i bezsilnie zaciśniętych ze złości pięściach. O szarfach z napisem „Kochanej Mamusi..”. O rozpaczy jej męża, dzieci, wnuków czy nawet mojej własnej, bo teściową miałam najkochańszą, a moje dzieci najwspanialszą babcię… O jej strasznym żalu też nie będę pisać, chociaż nigdy nie zapomnę słów „Mogłam żyć…”.

Nie umiem o tym pisać, bo to zbyt intymne i zbyt rodzinne, by wywlekać to na ostre światło internetów. Ten zerojedynkowy świat świecących ekranów nie zmieści tego wszystkiego, co działo się z nami przez ostatnie miesiące. Właściwie wszystko się zmieniło. My, nasz dom, ja sama. Nigdy nie będę już z takim samym nastawieniem podchodzić do życia, tak bezkarnie wyciągając rękę po wszystko, tak bezrefleksyjnie podchodzić do każdej szczęśliwej chwili. Dziś ważę je wszystkie z mocą większą niż kiedykolwiek. Cieszę oczy wszystkim, co widzę, całą sobą zbieram wszystkie drobne przyjemności. Nie wiem, ile czasu jeszcze mi na to zostało. Nie znam dnia ani godziny, więc czerpię z tego, co mam. Tu i teraz.

Od kilku miesięcy jedno jedyne wiem na pewno: życie nie jest sprawiedliwe. Nie jest łatwe. Nie jest ani trochę przewidywalne. Możemy sobie wyobrażać wiele rzeczy, starać się o wszystko, pracować z całych sił i odkładać każdy grosz na to, by spełniać swoje marzenia. Zmieniać partnerów, w poszukiwaniu księcia z bajki lub trwać z jednym, mieć jedno dziecko lub dziesięcioro, tańczyć na rurze albo pracować w banku. Możemy wszystko. Chcemy wszystko! Zawsze wyobrażamy sobie siebie w paśmie sukcesów, cokolwiek to dla nas znaczy, otoczoną wianuszkiem wnuków albo wspinającą się na Nanga Parbat… I dlatego nie mogę pojąć JAK! JAK i DLACZEGO wycieramy sobie twarze sloganami „Tak, trzeba się badać, badania ratują życie” – ale na tym się to kończy? Czemu nie robimy badań, nie tylko zwykłej morfologii, ale takich badań, które mogą zaważyć o naszym życiu… i śmierci?

Wszystkim nam się wydaje, że mamy przed sobą całe życie. Bo mamy. Ale mamy tylko jedno. Za kilka, albo kilkanaście lat może być za późno. Twój czas jest TU i TERAZ. O ile nie masz wpływu na los, wypadki drogowe czy inne nieszczęśliwe zdarzenia, możesz, zamiast płacić cholerne ubezpieczenie, po prostu robić badania. Kontrolować chociaż to jedno zagrożenie, najbardziej podstępne i definitywnie odbierające wszystkie szanse. Wygrać zawczasu. ZANIM. Nie dopuścić do złego.

Jak jeden mąż powtarzamy – lepiej zapobiegać niż leczyć. Jasne. A kiedy TY robiłaś badania? Do ginekologa chodzisz pewnie w ciąży, a potem raz na rok lub dwa po tabletki, ale dobre chociaż i to – przegląd dołu mamy, z grubsza licząc, zaliczony. Co dalej. Brzuch? USG jamy brzusznej? Rentgen lub TK płuc? Rezonans głowy? Jestem więcej niż pewna, że ogromna większość z nas, mam, nigdy nie robiła takich badań. Nic mnie nie boli, nic mi nie dolega. Jesteśmy cyborgami! Wszak wszyscy wokół chorują – dzieci, mężowie – ale my NIE! Jesteśmy okazami zdrowia, a morfologię mamy zawsze doskonałą. No, czasem lekką anemię, ale co tam.

A przecież mamy dzieci. Mężów, którzy bez nas nie trafią do szuflady ze skarpetkami, nie wprowadzając się w meandry domowej rzeczywistości. Dla nich musimy się badać, i – oczywiście – ich wysyłać na badania. Bo sami nawet nie znają numeru telefonu do lekarza. A skąd…!

Nie będę wchodziła w prywatne szczegóły tragicznej dla nas choroby Mamy. To jest nasz ból i nasz ciężar, że nikomu nie przyszło do głowy… że można nie mieć nowotworów w rodzinie, nigdy nie palić, nie chorować na nic, nawet na grypę, przez trzydzieści lat, i przegrać mimo wszystko. Ale Nie będę mogła spać spokojnie, jeśli Wam nie przykażę: od razu, jutro, dzwonicie do przychodni i umawiacie się na badania przesiewowe. Rutynowe. Każdy lekarz rodzinny na Waszą prośbę wystawi skierowania, a badania zrobicie prywatnie. Nieważne, czy chorujecie, czy jesteście aktualnie zdrowi jak ryby. Czy ktoś z Waszych bliskich odszedł na nowotwór czy nie. Czy paliliście, przechodziliście żółtaczkę czy nie. KAŻDY Z NAS musi się badać, bo rak to potwornie podstępny syf. Gdy poczujesz objawy, zwykle jest zbyt późno. Wtedy możesz być na szczycie, mieć wszystko. Pieniądze, kochającą rodzinę, najlepszych lekarzy… a to wszystko na nic…

Te badania robicie prywatnie, to znaczy: jest drogo, ale lepiej to, niż płacić na ubezpieczenie czy wakacje. Ba, nikt się nie obrazi, jak na to wydacie kasę z 500+. To w końcu na Was będą polegać Wasze dzieci jeszcze przez kilkanaście lat, co najmniej! A chyba chcecie z wnukami zatańczyć na ślubie, co nie?

Dlatego jutro lecicie po skierowania: 

  • MRI głowy – ok 400zł
  • TK klatki piersiowej (niskodawkowe) – ok 260zł
  • TK jamy brzusznej i miednicy (z kontrastem).  – ok 250zł.

Do tego: morfologia z rozmazem + OB i CRP, hormony tarczycy, dla nas USG piersi, a facetom dopisujecie jeszcze PSA, czyli przesiewowe badania prostaty. Te wszystkie badania można zrobić naraz, jednego dnia. Zajmie to 3 godziny. Niewiele, jak na coś, co może uratować Twoje życie, prawda?

I jeszcze coś. Nie szukaj wymówek. Nie wmawiaj sobie, że każdy kiedyś umrze, więc nie warto. Albo że robiąc to, jesteś hipochondrykiem. Albo że nie przewidzisz wszystkiego, albo że nie masz kasy. Uzbieraj z imienin i urodzin. Zrezygnuj z kosmetyczki. Zacznij szyć poduszki lub dziergać czapki, by na to uzbierać, albo pogadaj z dobrym lekarzem, niech Ci da skierowania na NFZ. W końcu jesteś tego warta… WIĘC ZRÓB TE BADANIA! I potem – w zależności od wyniku – co rok lub co dwa lata, aż do naturalnej śmierci.

I NAJWAŻNIEJSZE: LEKARZ TO NIE WYROK. Nie bój się iść do lekarza, nie bój się czytać wyników. Gdy zrobisz badania zawczasu, 95% zmian jest w stu procentach wyleczalnych! Małe nowotwory leczy się operacyjnie. Nie ma sensu czekać. Raz, dwa i z głowy. Jak poczekasz zbyt długo i dojdzie do przerzutu – walka staje się trudniejsza, ale to nadal nie jest wyrok. Im szybciej zaczniesz leczenie tym lepiej. Będziesz silniejsza, będziesz mieć więcej sił na pokonanie potwora. Ale nie ma co się martwić zawczasu: znakomita większość z nas raka nie ma i nigdy nie będzie miała. Ale lepiej dmuchać na zimne.

Sama śmierć nie jest straszna. Straszna jest świadomość, że można jej było uniknąć. Gdyby tylko… te badania, dwadzieścia lat temu… wszystko byłoby inaczej.

Proszę Cię, pomyśl o tym już dziś. Pamiętaj. Wpływ masz tylko na to. Nie zaprzepaść tej jednej szansy. Nie odkładaj życia na jutro, bo możesz nie zdążyć. I zrób te cholerne badania!

~ Wasza Pat

 

W komentarzach bardzo Was proszę… nie składajcie kondolencji, te słowa za bardzo jeszcze bolą.

Proszę Was tylko o deklaracje: słowa „zrobię”, „zrobiłam”, „wszyscy zrobimy”. Żeby Wam dodać otuchy: ja czekam na swoje wyniki, a mąż już po. Czas na Was!