Spotykasz się z tym na każdym kroku. FIT terror jest wszędzie! Wysportowane, piękne dziewczyny namawiają cię do podjęcia walki z tłuszczem – którego, sądząc po wieku i figurze, same wiele nie zaznały. Co gorsza, to nie tylko bezosobowe media – trend rozpowszechniany jest również przez twoich znajomych. Co drugi post na Facebooku chwali się mega dystansem na Endomondo, hardcorowym treningiem albo super zdrowym śniadaniem z otrębów i bezlaktozowego jogurtu. Wszyscy się odchudzają – albo tylko tak mówią – i ćwiczą, ćwiczą, ćwiczą. Z każdej reklamy nowy model sportowych butów / fit-ciuchy „techniczne” / pudełka ze zdrową i zbilansowaną zawartością nakręca tę spiralę. MUSISZ BYĆ FIT! Bądź jak Ewa! Bądź jak Ania! Skoro one mogą, to ty też!

A co, jeśli nie chcę?

Wtedy dupa, bo to niechybny znak, że albo jesteś gruba, albo leniwa, a najpewniej jedno i drugie!

I nie ma, że nie chcesz. Musisz. Bo inaczej źle się odżywiasz i skończysz na OIOMie po ciężkim zawale, jak twój dziadek. I to szybciej, bo za dziadka czasów nie było fastfoodów i chipsów. A nawet, jak nie wylądujesz na OIOMie, to dopadnie cię co innego. Rak albo inny udar. Więc musisz. Katować się – nawet wbrew sobie. Jedz jarmuż i kaszę bulgur ze słońcem, i kurczaka, o tak, kurczaka w zawrotnych ilościach. Bez soli!

Myślicie, że przesadzam? Otóż nie, sama wpadłam w tę spiralę. Mam wrażenie, że ten bicz jest ukręcony na wszystkich, którzy chociaż minimalnie mają sobie coś do zarzucenia. Przez tych, którzy już w spiralę wpadli i „dając dobry przykład”, ciągle popierdzielając na rowerku, psują innym radość z jedzenia. I z życia.

A przecież każdy z nas jest inny! Nie każdy musi chcieć wyglądać jak Ania L. I nawet jeśli chce, to może się nigdy nie udać, bo

a) Ania L. zaczęła trenować już jako dziecko, a może do tego nigdy nie zaznała prawdziwej słodyczy czekoladowego tortu i

b) może nie mieć tak silnej woli, jak Ania L., która silną wolę musiała mieć chyba od urodzenia.

Albo geny! Niektórzy, choćby nie wiem jak się starali, no nie dadzą rady tak pięknie wyglądać, bo geny niedobre. I ta silna wola! No jak ugotować dzieciom zupę pomidorową z makaronem i nie zjeść? Schabowego na obiad zrobić rodzinie – i nie spróbować? Są tu tacy? Pewnie są, pozazdrościć. Ale ja nie potrafię, a może po prostu nie chcę! I powinnam teraz spalić się ze wstydu? Serio?

fit terror

     Szczerze mówiąc, sama nigdy nie byłam typem FIT. WF i sport tylko z konieczności, nie z własnego wyboru. Katowanie się na ćwiczeniach, siódme poty, krew i łzy? Nigdy, nie ja! Wszystko tyle o ile, byle było zaliczone na piątkę, w domu nigdy, nic. Na siłowni przez 34 lata noga moja nie stanęła ani razu! Fakt faktem – nie musiałam. Kiedyś nie miałam z wagą żadnego problemu – doskonały metabolizm pozwalał mi na pożeranie ilości większych ode mnie, a na wadze nie przybywało nic. Jak zaklęta stała w miejscu 32 lata, poza krótkimi okresami ciąży i w trakcie karmienia. Idealny rozmiar S i niewielkie, za to apetyczne krągłości nie mobilizowały do aktywności większej niż shopping cardio. Niestety, po ostatniej ciąży zostało mi 8 kg i jakoś nie chce samo zejść, jak to było pięknie do tej pory. Oczywiście, nie ma dramatu, nie płaczę po kątach i dalej noszę szorty, ale… nie jest też jednak na tyle dobrze, żeby się pogodzić z faktem i odpuścić ulubioną wizję swojej sylwetki. Mam 34 lata i wiem, że już lada dzień metabolizm zacznie zwalniać, a może już zaczął. Z ośmiu pociążowych kilogramów zrobi się prawdopodobnie piętnaście. Za kilka lat. A za kilkanaście będzie ich może nawet więcej. I wiem, że dzisiaj jest ostatni moment, by zawrócić kijem ten kierunek i spróbować ze sobą powalczyć. Ruszyć tyłek z kanapy, na której tak wygodnie się siedzi i kontempluje świat, robi zdjęcia dzieciom i wrzuca do sieci.

Dlatego podjęłam wyzwanie i poszłam na znienawidzoną w myślach siłownię. Od trzech miesięcy regularnie minimum dwa, trzy razy w tygodniu ćwiczę – plus ćwiczenia w domu. Powinnam być z siebie dumna, co nie? Ale… O ile fajnie jest nałożyć na tyłek dobrze uszyte legginsy, fajny, designerski stanik i sportowe buty, o tyle już gorzej spojrzeć w lustro po 30 minutach ćwiczeń, gdy pot cieknie ci po twarzy i myślisz, że rzeczony tyłek spali się zaraz nie tylko ze wstydu, że ledwo nadąża za instruktorką i najmarniej połową sali. I najprawdopodobniej przez następne dwa dni (albo tydzień!) będzie okazywał swoją wściekłość, gdy tylko spróbujesz wejść po schodach lub usiąść. Cholerne zakwasy! Nie odczuwam wtedy satysfakcji i dumy, tylko złość, głównie na siebie, bo pierwszą moją myślą jest: „Po co to, po jaką cholerę w ogóle zaczynałam!? Serio? Nie można było kupić większych dżinsów i olać tego wiszącego fałdu skórnego, nazywanego pociążowym brzuchem? Walnąć się na kanapie z miską płatków kukurydzianych i obejrzeć ulubionego serialu?”. A druga, po minucie namysłu: „Dlaczego, w ogóle, doprowadziłam się do takiego stanu, że proste ćwiczenia wywołują u mnie zakwasy!?”. I nie wiem, co gorsze!

Drugą sprawą jest fakt, że lubię, bardzo lubię jeść. W sumie jem całkiem zdrowo, niemniej – nie sprawdzam obsesyjnie składu, wystarczy mi, jak nie ma konserwantów i innych ulepszaczy. Nie liczę kalorii i wiem, że jem zdecydowanie za dużo. Nawet, jeśli proporcje warzyw, owoców i białka wychodzą w miarę OK, to w mojej diecie zdecydowanie za dużo jest glutenu i cukru. Pierogi, makarony albo niebiańska tarta cytrynowa z bezą angielską..? I chleb!!! Świeży chleb!.. Miałabym sobie odmówić? Regularnie odmawiać? W imię czego? „Super pośladków”? „Zgrabnej sylwetki”? „Płaskiego brzucha”?  To popularne nazwy zajęć na znajomych siłowniach, głównie dla nieco zdesperowanych (przed latem…) kobiet. Nazwy zachęcająco brzmią, ale… kurczę, chodzę na tą siłownię na razie trzeci miesiąc i oprócz trenerek, wielu super pośladków, płaskich brzuchów tam nie widziałam. Za to całkiem sporo zgrabnych sylwetek…

I tak oto wyglądają moje wysiłki na siłowni i w kuchni. Zakładam, że bieżnia: 20 minut i idę. Że jedne, czasem dwa zajęcia pod rząd – i jadę, w myślach ciągle uprawiając te same dialogi, sama ze sobą. Ciągle porównuję się do tych, którzy wyglądają lepiej niż ja, a w mojej głowie toczy się zażarty bój dwóch argumentów:

A: Ale ja taka nie jestem!

B: Ale chciałabyś być!

A: Wcale nie!

B: A właśnie że tak!

A: Ale nigdy i tak nie będę!

B: Jak będziesz chciała, to będziesz.

A: Ale ja nie potrafię!

B: Jak zechcesz, to będziesz potrafiła.

A: Wcale nie wiem czy chcę!

B: A powinnaś chcieć!

     No właśnie. Co powinnam, a czego nie powinnam… 

W teorii jestem dobra. Ba, wy też już pewnie jesteście. Nawet niespecjalnie się wczytywałam, ale to już jest jak urban legend – każdy to zna, nawet, jeśli nie sprawdził na sobie. Zero cukru, dużo białka, dużo warzyw i owoców o ujemnym indeksie glikemicznym. Lepiej zimne niż ciepłe – bo dłużej się trawi. Minimum pięć mikro – posiłków dziennie i dużo wody. Morze wody! Wszystko to wiem, ale… wcale łatwiej mi od tej wiedzy nie jest. Co więcej, jest trudniej! Wszędzie widzę, że tylko kasza, tylko nasiona, tylko świeże owoce bez dodatku cukru, jak kawa, to z chudym mlekiem, a najlepiej mało kawy. No jak żyć!? Bez ziemniaków, świeżego chleba z miodem, bez kawałka tortu do kawy raz na jakiś czas, bez koktajlu z truskawek, który pamiętam z dzieciństwa, ze śmietaną i cukrem? Albo miseczki płatków kukurydzianych zamiast otrębów na śniadanie? Samo zło, wszędzie samo zło, jakbyśmy wszyscy musieli być na diecie… Istny fit terror. Wszystkie kulinarne przyjemności to same zasadzki, a jednocześnie w telewizji program kulinarny jedzie jeden za drugim. I jak nie zwariować!?

 

 

Kto decyduje o tym, jakie są normy? Czy wszyscy musimy być szczupli? Wszyscy musimy zaklinać czas, by nie odciskał na nas swojego piętna? Odmawiać sobie jedzenia, które lubimy, zmuszać się do aktywności, których nie lubimy? A z drugiej strony, jeśli nie chcemy ze sobą walczyć i powinniśmy zaakceptować to, że nie jesteśmy FIT i nigdy nie będziemy… to czy bezrefleksyjne zjadanie ciastek i makaronów po dwudziestej sprawi, że będziemy się czuć dobrze ze sobą także i za dziesięć lat? A co, jeśli zaprzepaścimy jedyny moment wahania i nie podejmiemy kroku, który sprawiłby, że w wieku pięćdziesięciu lat nie będziemy mieć trzydziestu kilo na plusie, problemów z nadciśnieniem, sercem, kręgosłupem? Oczywiście nie u wszystkich musi to tak wyglądać, ale… jeśli? Może warto o tym pomyśleć już dzisiaj?

fit terror

     Gdzie zaczyna się problem? Właśnie wtedy, gdy trend na fit przestaje być jedynie motorem do zmian, a staje się terrorem. A dzieje się to w głowie, zawsze w głowie! Lansowany w mediach kult pięknego, wysportowanego ciała z dnia na dzień sprawił, że dziś, odpuszczając trening czuję, że sama siebie oszukuję. I że od tego tyję – choćby to nie była prawda. Że zjadając ulubionego schabowego czuję, że nie powinien mi smakować i że powinnam przynajmniej tego pożałować. W każdym ciastku, oprócz wspaniałego smaku, widzę sprawcę oponki na brzuchu. Uświadomiłam sobie, że wszystkie pyszności, które do tej pory bezrefleksyjnie jadłam, tak naprawdę mi szkodzą. I nienawidzę tego! Myśli, że chyba powinnam zacząć liczyć kalorie, tego, że nie mogę zaspokoić uczucia głodu na coś słodkiego. Że zamiast leżeć wieczorem na kanapie, mogłabym iść na rower… itp, itd… powoli zaczynam wariować. I dlatego mówię sobie STOP!

Umówmy się, najgorszą rzeczą, jaką przynosi FIT terror, jest biczowanie się. Kurczę! Zdrowy styl życia powinien być ambicją, celem, samodoskonaleniem się, dającym więcej radości, niż zgryzot. Najgorsze, do czego można się doprowadzić, to depresja wywołana zjedzeniem ciastka. Odczuwać zaniżone poczucie własnej wartości, bo na deser zamiast kaszy bulgur posypanej cukrem (w wyobraźni!) zjadłam kawałek ciasta? Czuć się grubą, bo nosząc rozmiar 38 jestem grubsza od połowy koleżanek? Bez przesady!

Każdy z nas powinien wiedzieć, jakie są jego potrzeby. Jeśli kogoś uszczęśliwia wygląd Ani Lewandowskiej, skądinąd fantastyczny, żywy pomnik ciężkiej pracy nad samą sobą,jeśli ktoś potrafi wyrzekać się pokus na każdym kroku i pozwalać sobie na jeden cheat meal w tygodniu – to super. Ale nie ma co jedną miarą mierzyć wszystkich naokoło. Ja, przynajmniej na razie, wolę umiarkowanie wprowadzać zasady zdrowego stylu życia. Ćwiczyć dla przyjemności – z nadzieją, że jako babcia będę bez wysiłku biegać po schodach, bo mój dom liczy schodów więcej niż ustawa przewiduje. Chcę jeść z radością, odnajdując nowe smaki, a nie zmuszając się do polubienia czegoś, co napawa mnie niechęcią od samego patrzenia. Słowem, podejść do tego na luzie. Skoro 34 lata nie robiłam nic, nie ma szans, bym zmieniła swój styl życia w trzy miesiące, tak jak nie ma sensu oczekiwać pełnego sukcesu w odchudzaniu po takim czasie.

Mam też ogromną nadzieję, że jeszcze trochę i będzie mi łatwiej ćwiczyć, wyrobię sobie lepszą kondycję, a co za tym idzie – lepsze samopoczucie w trakcie i po zajęciach. Pożegnam na dobre zakwasy – coraz rzadziej je mam – i będę uprawiać sport tylko dla przyjemności. Choćbym potem miała zjeść pizzę albo kaczkę w sosie pomarańczowym… ommmm… W końcu – zasłużyłam!

I na koniec.. Możemy sobie wzajemnie podawać rękę i motywować się do pracy, albo poklepać po ramieniu i potakiwać, oj, ja też tak mam, że sobie odpuszczam, bo tyle stresów, bo dzieci, bo to, bo tamto… Możemy pogodzić się z tym, że FIT terror istnieje, ale niekoniecznie w naszym życiu i szczęśliwie wsuwać kolejne ciastka. Ćwiczyć wtedy, kiedy same będziemy chcieć i patrząc w lustro, widzieć siebie i radość życia, a nie nieidealne krągłości. Obrać jedną drogę i trwać w niej, niezwruszone, nawet, gdy cały świat wokół nas będzie się odchudzać. Albo odwrotnie: definitywnie zerwać ze schabowymi, zasuwać na siłownię, w tyle głowy mając, że to dla zdrowia i lepszego samopoczucia i czując ogromną satysfakcję i dumę z siebie, że trwamy w silnym postanowieniu.

Obie wersje są dla mnie równie zajebiste.

I nie odpowiem na pytanie, co wybrać. Każda z nas pewnie toczy podobne do moich boje ze sobą, mniej lub bardziej działając w którąś ze stron. Nie ma jednej reguły dla wszystkich. Ja wiem, że nie wszyscy musimy być FIT, tak jak eko czy bio. Chcesz to bądź, nie – to nie i nie katuj się. Najważniejszy jest umiar i zachowanie zgody ze sobą. Byle tylko nie wpędzić się w kompleksy i niezdrowe poszukiwanie własnego „ja” tam, gdzie go nie ma. Bo prędzej czy później to „ja” nas zaskoczy, i tylko od nas zależy, gdzie. Na siłowni czy w kawiarni – byle z ukochaną osobą, zaśmiewając się przy ciastku. Grunt to być szczęśliwym ze swoimi decyzjami. Tylko tyle. Aż tyle!

fit terror

     A Ty, toczysz ze sobą podobne rozmowy? Po której stronie jesteś? Koniecznie napisz – może zmierzymy się z tym razem? Czekam na Twoją historię!

~ P.