Tak jak bardzo kocham Święta i spędzanie czasu z rodziną, tak w okolicach Nowego Roku zaczynam mieć wszystkiego dość. Totalnie! Mniej więcej w tym właśnie czasie, rok w rok,  cudowne, beztroskie dni pełne pysznego jedzenia i błogostanu w postaci „nic nie muszę, nic nie robię” zmieniają się nagle o sto osiemdziesiąt stopni. Najlepsze żarcie już się dawno skończyło, ja stoję przy garach i próbuję wcisnąć niechętnej rodzinie niedojedzone resztki. Z „nic nie muszę, nic nie robię” robi się nagle „to gdzie dziś idziemy? Co dziś robimy?”. Do kompletu trzech wyrośniętych, wiecznie pełnych energii starszaków, którzy mają milion pomysłów na minutę, mam dwa ząbkujące, nieśpiące, marudne maludki, które utrudniają każde zwykłe wyjście na spacer nieuregulowanym czasem drzemek i pór karmienia… W tym roku coś we mnie pękło – i się zbuntowałam. W ramach noworocznych postanowień podjęłam tylko jedno: CZAS DLA MAMY! Znajdę czas tylko dla siebie!


Spojrzałam ostatnio w lustro i… nie mogę uwierzyć, kim się stałam.  O ile moje dzieci chodzą do fryzjera minimum raz na półtora miesiąca – o tyle ja… nawet nie raz na pół roku. O kosmetyczce zapomniałam dawno temu – w zeszłym roku byłam jeden jedyny raz – przed komunią mojego pierworodnego. Mimo problemów z kręgosłupem, które mam od dziecka, w zeszłym roku nie poszłam ani razu na basen i tylko jeden, jedyny raz na masaż – mimo zalecenia, że powinnam się im poddawać raz, dwa razy w tygodniu! Po ciąży bliźniaczej, która obciążyła kręgosłup do maksimum!

To nic, że włosy me jak siano, paznokcie króciutkie jak u chłopki, a kręgosłup nie daje żyć codziennie. Wmówiłam sobie i bliskim, że dom to ja, ja to dom – i beze mnie wszystko się zawali, z bliźniakami nikt sobie nie poradzi tak jak ja. Dlatego nie wychodziłam – prawie wcale, a jeśli nawet, to po coś – dla kogoś. Jedyną moją rozrywką stały się zakupy – chwile wytchnienia, bo uwielbiam shopping. Oczywiście wracałam stamtąd z siatami rzeczy dla dzieci, będącymi tak samo niepotrzebnymi, jak próbą poradzenia sobie z wyrzutami sumienia, bo wyszłam z domu…

Co więcej, gdy tak patrzyłam z boku, okazało się, że żadnych oszałamiających efektów to nie przynosi. Wcale nasz dom nie jest idealny, wysprzątany, pranie nadal zalega jak zalegało, a w szafach bajzel. Lekcje dzieci zdarzają się niedopilnowane, a nawet na gry ze starszakami brakuje mi czasu. Mimo, że zrezygnowałam z własnych przyjemności i rozrywek, dalej jesteśmy pogrążeni w domowym chaosie.
Jestem ciągle i zawsze na wyciągnięcie ręki, co wydawało mi się dobre – ale teraz widzę, że moje dzieci beze mnie i moich komend średnio sobie radzą. Doszło do absurdalnych sytuacji, gdy moje wyrośnięte dzieci prosiły: „Nalejesz mi picie? Zrobisz mi kanapkę?” Że co!? Muszę obsługiwać dziesięcioletnie dziecko, tylko dlatego, że jestem w domu i aktualnie kręcę się po kuchni!?
Dalej! Przez to, że jestem ciągle z dziećmi w domu, mam wrażenie, jakbym stawała się dla nich coraz bardziej przezroczysta. Jednocześnie jedynym sposobem, by dzieci zwróciły na mnie uwagę i od czasu do czasu zastosowały się do poleceń, jest rola domowego żandarma – słowem, jak się nie wydrę, to nie posłuchają!

     Zastanawiam się, gdzie, do jasnej ciasnej, popełniłam błąd, skoro prawie codziennie rano znajduję brudne ciuchy na podłodze – zamiast w koszu na brudy, a szczoteczki i odkręcone pasty do zębów latające luzem po umywalce, mimo codziennych próśb, gróźb, komend, karteczek pozostawianych dookoła „Brudne ciuchy wrzucaj do kosza na brudy!”, „Szczotki i pasty wkładaj do kubka!”. Do czego to doszło także, by sterroryzowały mnie dwa małe roczniaki, że gdy tylko przestawię nogę za bramkę salonu, by – na przykład – pójść do toalety, albo zrobić pranie, towarzyszy mi przez ten cały czas ich wrzask!? Czemu poddaję się temu terroryzmowi i ulegam prawie za każdym razem? Z frustracji dostanę kiedyś skrętu kiszek, albo umrę na zawał przez ten stres kilka lat szybciej, niż powinnam!

czas dla mamy

Uzmysłowiłam też sobie, że mój dzień to jedna wielka szarpanina. Po nocy pełnej pobudek – nie dane mi było ani jedno dziecko, które przesypia noce… – kawa wypijana albo duszkiem, albo zimna. Potem próba przygotowania dobrego śniadania i obiadu, w międzyczasie pranie, suszenie, usypianie, karmienie, przebieranie. Gdy śpią – ogarnianie wszystkiego, co znajduje się poza naszym salonem, bo maluchy są na etapie, że nie mogę opuścić pokoju nawet na krótką chwilę bez ich bacznej asysty, co powoduje, że 90% dnia spędzam z nimi w jednym pomieszczeniu… Potem znowu – spacer, karmienie, przebieranie, karmienie, sprzątanie, wmuszanie w rodzinę jedzenia, kąpanie, karmienie, padanie na twarz.
Bez chwili przerwy.
Bez chwili dla mnie.

W tym wszystkim ostatnio doszłam do ściany. Mam wrażenie, że jeszcze chwilę, a zaleje wszechświat białe światło, a ja zatkam uszy, zamknę oczy i zacznę krzyczeć wniebogłosy, bez końca!.. Zmęczenie materiału osiągnęło maksimum. Byle banał potrafi wytrącić mnie z równowagi i mam wrażenie, że wpadłam w jakąś spiralę, z której nie potrafię się wydostać. Patrzę na siebie i nie dowierzam: to ja? Serio? Zamiast tłumaczyć (nawet po tysiąckroć), wykrzykuję komendy, a potem kary, których nigdy nie dotrzymuję? Co się ze mną stało?

Uświadomiłam sobie właśnie, że to droga donikąd. Mama nie jest tylko mamą. Jest też kobietą. Czasem niedoskonałą, pełną emocji, często irracjonalnych, ale równie ważnych jak emocje reszty członków rodziny. Musimy być także dla siebie dobre i wyrozumiałe, bo nasze dzieci inaczej nauczą się, że mamie nic się nie należy. Poza tym, mama, która powoli rezygnuje ze wszystkich swoich potrzeb, rozrywek, które może są błahe, może nieistotne w ogólnym pojęciu i niepotrzebne, to mama sfrustrowana, wściekła, ciągle poirytowana, narzekająca, coraz bardziej nieszczęśliwa. Czy ja sama chciałabym mieć taką mamę!? NIGDY W ŻYCIU!
Moja mama pracowała przez całe życie moje i siostry. Większość dnia spędzałam w przedszkolu, potem szkole, i u babci i dziadka. Miałam mnóstwo zajęć pozalekcyjnych i z rodzicami w tygodniu byliśmy dopiero od 18-19! I żyję, co więcej, mam z nimi fantastyczne relacje – i zawsze miałam – ponieważ od tej 19 moi rodzice byli skupieni na nas, na wspólnej kolacji, wspólnych grach, rozmowach o wszystkim. Często w weekendy wychodziliśmy gdzieś, by aktywnie spędzać czas, a w wakacje jeździliśmy razem na kilka tygodni nad jezioro. I to mimo, że moja mama do dzisiaj jest spełniona zawodowo oraz zawsze regularnie chodziła do fryzjera i kosmetyczki!

Dziwię się dzisiaj sobie strasznie, że ja tak poddałam się małym tyranom i domowej rutynie. I dlatego właśnie poczyniłam w Nowym Roku tylko jedno postanowienie: TERAZ JEST MÓJ CZAS! CZAS DLA MAMY jest równie ważny, jak czas dla dzieci i czas dla męża. Ta godzina dziennie (tak! Nie 5 minut! Cała godzina dziennie dla mnie!) jest super potrzebna mojemu zdrowiu psychicznemu, by być szczęśliwą i złapać zarówno oddech, jak i dystans.
Zadbam bardziej o siebie, nie tylko zewnętrznie, ale wydzielę czas co najmniej raz w tygodniu na własne aktywności, bez niczyjej asysty. Czy to będzie siłownia czy kurs fotograficzny – jeszcze nie zdecydowałam. Bo pierwsze, co zaczęłam robić w nowym roku, to planować zimowe wakacje bez dzieci – i to zaraz, teraz, w styczniu! Dostałam od moich rodziców na święta najlepszy możliwy prezent: zaopiekują się w ferie moją rozentuzjazmowaną gromadką i na cały tydzień mam zniknąć. I wiecie co? Nie tylko dla własnej przyjemności! Także, a może i głównie dla ich komfortu. Muszę nabrać dystansu, ukoić nerwy, w spokoju przespać noce, a dnie spędzić bez ciągłego „mama, mama, mama, mama!”. Bez proszenia o picie, bez egzekwowania poleceń, bez krzyków i bez frustracji. Mam wrócić wypoczęta, spokojna i CIERPLIWA. Bo z próżnego nie nalejesz – gdy powoli czujesz, że tracisz grunt pod nogami, a nadmiar obowiązków cię przygniata – musisz za wszelką cenę znaleźć jakieś odbicie. Ja mam to szczęście, że mam możliwość rzucenia wszystkiego i zostawienia dzieci pod opieką dziadków, których kochają nad życie i którzy zastąpią nas doskonale przez ten krótki czas. I mimo wyrzutów sumienia, które śnią mi się czasem, mam zamiar wykorzystać tę okazję i nasycić się ciszą, spokojem, przeczytaną książką, cudownie przespaną nocą i spokojnie zjedzonym śniadaniem, nie naprędce uszykowanym śmieciowym jedzeniem, a nawet resztkami po dzieciach.

Dlatego mimo, że wyjazd jest za kilka dni, a ja dopiero dzisiaj jadę po paszport, bo okazało się przy rezerwacji, że jest nieważny – i tak mam już wszystko spakowane. Przebieram nogami i cieszę się jak dziecko. Idę do kosmetyczki na całe siedem godzin, bo będę robić się na bóstwo. I u fryzjera byłam i mam piękną fryzurę. W końcu doszłam do wniosku: i mi się coś należy! I będę się tego stanowczo trzymać!

czas dla mamy

Jeśli miewasz od czasu do czasu takie stany jak ja, a mam mdlącą, niestety, pewność, że każdej mamie się czasem zdarza zatracić w domowej rutynie, to głowa do góry! Można się z tego wydostać. I wcale nie trzeba brać urlopu wypoczynkowego w Tworkach – kuracja, wbrew pozorom, będzie bardzo przyjemna. Lobbuję u ciebie o CZAS DLA MAMY! Jedyne, czego potrzeba, to wsparcia w najbliższych. Mam nadzieję, że masz na kim się wesprzeć – i jeśli tak, poproś o pomoc. Musisz sobie uświadomić: sama nie dasz rady zrobić wszystkiego, w końcu, prędzej czy później, padniesz na twarz. A nie warto! Bycie mamą to najlepsza rola pod słońcem – trzeba tylko ustawić mądre granice i zachować odrobinę zdrowego egoizmu. W końcu tego chcemy też nauczyć swoje dzieci: mają walczyć o to, żeby być szczęśliwe. A żeby być szczęśliwym, nie można tylko dawać, ale od czasu do czasu także… brać.

Dajcie znać, czy macie podobne doświadczenia… i czy udało wam się wyjść z tego zamkniętego kręgu, mając ciągle małe dzieci u nogi? Mam nadzieję, że mi się to uda i połączę zgrabnie wychowanie pięciu synów, posiadanie dużego domu, prowadzenie bloga i… bycie kobietą. Nie tylko mamą!

~ Pat

[Post archiwalny, jeden z moich ulubionych postów z poprzedniego bloga, Boginie Przy Maszynie. Będą się tu czasem pojawiać „stare”, ale najważniejsze dla mnie wpisy. Chcę je mieć przy sobie, także w nowym projekcie, po prostu. P.]